środa, 18 października 2017

Od morza do morza

Z dala od wszelkich fake newsów, od zgiełku i Ełku. Z dala od Przyjaciół, onetów i pożarskich kotletów. Z dala od wanny, hejtu i patriotycznego zamętu. Z dala od PiS patosu, mac OSu i Anthonego Burdaina - tu żal niewielki przyznać muszę, wyjeżdżam w drogę od morza do morza, by usłyszeć... siebie.

ps. An, dziękuję Ci za piersiówkę.

piątek, 13 października 2017

Stayin' alive!

Earth, Wind & Fire, wypełnia po brzegi nasze jesienne warsztaty w Trójmieście. 
I nic, że wieje, że czasem słońce, czasem deszcz, my pozostajemy… stayin' alive! 

dawno tak się nie bawiłem :)
pozdrawiam




poniedziałek, 9 października 2017

Blade Runner

Jadę.
6:30 zamieniłem na 8:50, a właściwie decyzję podjął za mnie los za sprawą Blade Runnera, który trwał niemal 3 godziny i skorygował mój wieczorny optymizm. 

Od świtu słucham Vangelisa, którym zakończyłem wczorajszą noc wraz z butelką burbona. No bo jak nie napić się w takich okolicznościach, kiedy Ford, Gosling i pies zanurzają się w szkockiej w nowej odsłonie 2049. Recenzji jednak nie będzie. Każdy sam musi zmierzyć się z przyszłością, zachwycić lub rozczarować. Za nim Hans Zimmer, którego uwielbiam, wypełni mój umysł, powróciłem na trochę do roku 1983, kiedy po raz pierwszy obejrzałem Łowcę Androidów. Dobrze pamiętam tamten czas. Moje miasto przypominało wtedy Los Angeles A.D. 2049. Ponure i mrocze, jakby dotknęło je totalne zaciemnienie. 

Znacie to uczucie, kiedy po wyjściu z kina, zastanawiacie się co dalej, jaki to wszystko ma sens, i w ogóle, gdzie k__a jesteście ze swoim życiem? Poczułem to wczoraj, zupełnie jak dawniej, kiedy jeszcze fotografowano na filmach ;) A więc, jeszcze żyję!

Jadę…

One more kiss, dear, one more sigh
Only this dear, is goodbye
For our love is such pain and such pleasure
That I'll treasure till I die
So for now dear, Au revoir, madame
But I bow dear, not farewell

… i tak płynie piosenka z filmu, a wraz z nią pełne słońca krajobrazy za oknem.

posłuchajcie

ps. Porządkując archiwum, wpadła mi w ręce fotografia, którą zrobiłem w Nowym Jorku w 2011, tuż po przejściu huraganu Irena. Zazwyczaj pełne świateł i ludzi Times Square wypełniła pustka, tworząc scenerię przypominającą…


pozdrawiam



wtorek, 3 października 2017

Cycling in my mind.

Znów jadę.
Pociąg mknie w strugach deszczu. Mimo, że już prawie ósma, za oknem dzień nadal toczy z nocą spór. Dziś na promocji X-E3, pokażę kilkadziesiąt fotografii z mojego berlińskiego projektu „Cycling in my mind”. Wciąż jeszcze śpię, a muszę spisać choćby kilka zdań, które być może dziś wybrzmią. Oczy mi się kleją, powieki opadają…

Obserwować budzące się miasto? Cóż może być bardziej inspirującego? Zapach espresso, gwar spieszących do pracy, do szkół, na uniwersytety. Dzielnica, ulica, kawiarniany stolik, a nad nim, unoszący się w porannym świetle, papierosowy dym. To świat, który lubię. Przemierzam go rowerem, unikając przygnębiających korków. Rower i mój niewielki Fuji gwarantują mi swobodę obserwacji. Nie spieszę się. Mam czas. Aparat daje mi nad nim przewagę. Sekunda po sekundzie, dzień po dniu, sporządzam fotograficzne notatki.

Tak?
Bilety...? 
Zasnąłem.
Już Gniezno.

pozdrawiam z pociągu






niedziela, 1 października 2017

Niepodległość

Tego meczu Katalończycy nie wygrają... Naiwnością jest sądzić, że ktokolwiek pozwoli im uzyskać niepodległość. Kataloński precedens pociągnąłby za sobą lawinę, która doprowadziłaby do szybkiego rozpadu Europy, a to nie leży w interesie "wielkich tego świata". I tylko ludzi żal, którzy w politycznym amoku zapłacą za to szaleństwo najwyższą cenę.
Wiele razy odwiedzałem Barcelonę, moje ulubione miasto w Europie. Piękne, wolne, wielokulturowe, nieco dekadenckie, co mi osobiście bardzo odpowiada. Teraz się martwię, jak o Przyjaciela, który popadł w poważne tarapaty.
Za tydzień ruszamy na kolejne warsztaty Open Your Eyes. W ostatniej chwili Rzym zamieniliśmy na Gdańsk, niegdyś wolne miasto...

poniedziałek, 25 września 2017

Podwójny kochanek

Skoro zacząłem, a mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, to w kilku zdaniach zamknę dziś mój filmowy (weekendowy) tryptyk. Podwójny kochanek, a nawet i kilku kolejnych nie pomogłoby filmowi Francoisa Ozona. Dla mnie to przerośnięte w formie i treści mroczne, przewidywalne widowisko. Chłodne, perfekcyjnie wystylizowane wnętrza, idealnie współgrały z zimną jak lód bohaterką filmu. O ile głośny „Basen” z 2003 roku rozgrzewał zmysły do czerwoności, o tyle, wbrew temu co mówi się na mieście, nowy film Ozona raczej studzi wszelkie żądze, a z pewnością moje. Krótko mówiąc, strata czasu.
Na szczęście żyje się tylko dwa razy… ;)




niedziela, 24 września 2017

Szach…

Przepraszam Państwa bardzo, ale mamy problem z serwerem i niestety straciliśmy film, drżącym głosem oznajmił szef kina Apollo, kiedy wczoraj czekałem na początek projekcji „Podwójnego kochanka” Francoisa Ozona. W zamian proponuję Państwu… tu padło kilka tytułów do wyboru, a jutro zapraszam ponownie na „Kochanka” za darmochę, rzecz jasna całkowitą. Obejrzałem więc z „50 wiosen Aurory”, od którego poczułem nagłe uderzenie gorąca. Europejskie kino to świat prawdziwy. Ludzie w nim zwyczajni, nie zawsze piękni na zewnątrz, za to w ich wnętrzach tli się cudowny żar. 

Dziś trzeci dzień z rzędu wybieram się do kina. Cudownie. W końcu, kiedy na powierzchni, na globalnej szachownicy, toczy się bój, który przynieść może kres światu, który dotąd znamy, ucieczka „w kino” wydaje się wyjściem jedynym. Wyobraźnia to przecież schron, który przetrwać może wszelkie zawieruchy.

sobota, 23 września 2017

Gdzie są granice...?

Obejrzałem wczoraj „The Square”. Film przewrotny, piękny i mądry. Reżyser, Ruben Östlund stawia w nim pytania o polityczną poprawność, o granice, które wytyczamy w naszej skomplikowanej rzeczywistości, zarówno te w życiu codziennym jak i we współczesnej sztuce.  

Czy autocenzura świadczy o naszym humanizmie, czy jest już sygnałem, że tracimy wolność wypowiedzi…? 

Koniecznie wybierzcie się do kina. Film docenili krytycy nagradzając go w Cannes Złotą Palmą.

niedziela, 17 września 2017

Nie wierzę...

How Rocket Man is doing?  Cytat z komiksu? Bynajmniej.
To tweet Prezydenta Trumpa, jego "niekonwencjonalny" dialog, który prowadzi z Prezydentam Moonem z Korei Południowej wobec nadchodzącej hekatomby. 
Czytam i nie wierzę. 

Cóż, najwyższy czas na porządki. Dziesiątki niepublikowanych materiałów, setki nieprzejrzanych fotografii, jak choćby te z majowego pobytu w Nowym Jorku... 
I znów nie wierzę.

Powoli, w trudzie i znoju, pracuję nad nową galerią www, gdzie zamierzam ujawnić skrywane dotąd „fotograficzne tajemnice”. Mam nadzieję, że zdążę nim Rocket Man do reszty oszaleje.

Jeśli ktoś, ma propozycje, rady, czy wie więcej w kwestii wordpressowych tematów… Jestem otwarty. Ważny jest minimalizm, dobry slider, polskie fonty i „to coś”.

Z góry dziękuję za wszelką pomoc, propozycje i uwagi.


czwartek, 14 września 2017

Street Photography czyli pusty peron

Jeśli uwiedziony tytułem spodziewał się ktoś definicji może, zawiedzie się srogo. Przez lata wydawało mi się, że wiem, że znam, że czuję nurt, że zapach jej znajomy mi jest jak żaden inny. Wszak moja ulica jest w sercu miasta. Dziś już nie jestem pewien. Nie napiszę też słowa o konkursowym mercedesie, bo to przecież był żart chyba… to jasne. Hello !

Znów jadę. Minęła dwudziesta. O tej porze Bourdain zajada pikantne burito, a u mnie w przedziale wielkości klatki dla szympansa, serwują jedynie słone frytki z colą. Ciemno. Pięć osób i każdy przesuwa palcem po ekranie w poszukiwaniu straconego czasu. Nikt już nie rozmawia, zagaja, nie flirtuje nawet i butów nie ściąga. Cisza. Zastanawiam się jak brzmiałyby połączone razem dźwięki sączące się do naszych uszu. Słuchawek białych par sześć, nadzieję daje wszakże.

Samotność. Każdy w masce, kupionej chyba w tym samym sklepie. 
Sława, pieniądze, marzenia. Marzenia niespełnione. 
Lecz z każdym przesunięciem palca smutek jakby narasta.
Tam na ekranie, Majorka pławi się w szampanie, a dłonie zawsze są splecione.
Tu zapach frytek i tylko plama po keczupie na dowód tego, że jeszcze żyjesz.

Jadę. Oglądam nowojorskie zdjęcia, w tonacji mol bardzo nawet dziś. Woda, kawa, herbata... hey teacher leave the kids alone!

Pozdrawiam z pociągu


Poranny express

Poranny express do Warszawy odjeżdża dziś wcześniej. Jest ciemno. Wrześniowy chłód kładzie się rosą na szybach wagonu numer 17. Za horyzontem szkli się nowy dzień, jeszcze jedno, kolejne wyzwanie. Carpe Diem chciało by się krzyknąć, lecz słychać tylko kurwa mać dobiegające z ust, wczorajszego jeszcze, patrioty.

W pociągu serwujemy poczęstunek, szumi z głośników kierownik pociągu. Młoda dziewczyna w ramach obietnicy oferuje wodę i herbatę. Kawy nie wymieniam, bo to zaledwie atrapa. Świat za oknem wydaje się piękny. I tylko ciastka brak…

pozdrawiam z pociągu do Warszawy

czwartek, 7 września 2017

Fetysz

Pamiętam pierwszy plener w Ustce, dawne czasy, Bush Junior mniej więcej, Kasia, Iczek, Ola, Maciek, Darek, Witek i kliku innych zwariowanych pasjonatów, pyszne klopsy, wino, no i pokazy do białego rana. Pamiętam, że rozmawiając o fotografii szybko przeszliśmy od Magnum do fetyszy, bynajmniej nie odbiegając daleko od sedna.

Dziś Fujifilm zaprezentowało nowy, niewielki aparat, który niejednemu fetyszyście przypadnie do gustu. Minimalistycznie zaprojektowany, zawsze pod ręką, przyjemnie lśni obok porannego espresso ;)

ps. Przy tym wszystkim, jakość generowanych fotografii absolutnie najwyższej próby.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Porozmawiajmy o Texasie, o fotografii, o podróżowaniu, o życiu :)

Już w najbliższą niedzielę spotkajmy się w pix.house i porozmawiajmy o Texasie, o fotografii, o podróżowaniu, o życiu :) 

pix.house 
ul. Głogowska 35a w Poznaniu
niedziela, 20 sierpnia

godz. 16.oo, do zobaczenia


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

To WAAAR !

Trudno jest mówić głośno i nazywać po imieniu rzeczy, które budzą w nas lęk. Być może lepiej milczeć i czekać na to, co się wydarzy, chowając się w Kołobrzegu za „plażowym parawanem”. 

Świat zalewa morze nienawiści, antagonizmów i kłamstw.  Rządzi trolling, fake news i hate. Dumna, patriotyczna Polska przoduje w tym przerażającym procesie. W końcu zostaliśmy wybrani…
Społeczeństwa się polaryzują, poglądy wyostrzają, dzieląc rodziny i przyjaciół. W Polsce, w Ameryce, w Europie, wszędzie i zewsząd wylewa się trucizna. 
Ostatni wieczór w Berlinie spędziłem w towarzystwie Sary. I’m from Israel, I’m from Poland, we are in Berlin… jakie to symptomatyczne. Przemiła dziewczyna z Izraela z irańskimi korzeniami spotyka Polaka, lewicującego pięćdziesięciolatka na rowerze. Oboje uwielbiamy Berlin, oboje pochodzimy z krajów religijnych, oboje niewierzący, wyznający pogląd, że religie są źródłem konfliktów. 
Nasze perspektywy są inne. Tam Palestyna, tu Rosja, tam islamski fundamentalizm, tu narodowa duma. Oboje jednak wyczuwamy nadchodzące czarne chmury. Konflikt jest nieunikniony. Kto z kim i kiedy, nie wiadomo. Kiedy już padnie pierwszy strzał, zatrzymać tego nie będzie sposób.

W Polsce pozytywną rolę mógłby odegrać Kościół. Tak niegdyś wielokrotnie bywało. Niestety. Za garść srebrników zaprzedał się nacjonalistycznej sekcie, za co zapłaci wysoką cenę. Oczami wyobraźni widzę jak płoną strzelisty wieże w zemście za milczenie, które niebawem zepchnie nas w otchłań. 

Nadszedł czas nazywać rzeczy po imieniu. Prawica pcha nas do wojny…

niedziela, 13 sierpnia 2017

Mój rower...

Berliński Dworzec Hauptbanhof. Czekam na peronie na popołudniowy pociąg do Warszawy. Podjeżdża punktualnie. Szybko okazuje się, że PKP zapomniało o wagonie z miejscami na rowery, a ja przecież targam kolarzówkę. Niemiecki konduktor widząc mnie z rowerem, kategorycznie zabrania mi wsiadać. Jego Nein brzmi wyjątkowo stanowczo, wywołując we mnie dreszcze. Tłumaczę, staram się być rzeczowy, w końcu mam bilet, zapłaciłem za niego i to nie mało. Nein, powtarza w kółko. Nie wolno, przepisy etc. Jestem wkurzony "na maxa", niemniej staram się zachować spokój i nie wszczynać awantury. Kłopotów z niemiecką policją mi nie trzeba. Konduktor, bez skrępowania tłumaczy, że mogę przecież pojechać następnym pociągiem odjeżdżającym za kilka godzin, na który, rzecz jasna, będę zmuszony kupić nowy bilet za całe 70 euro… Nie jestem posłem, pieniądze liczyć muszę. No i jeszcze czas…
Pociąg odjeżdża… Co robić? Improwizuję. Przeklinając pod nosem, biegnę do kasy i kupuję bilet na lokalny pociąg do Frankfurtu nad Odrą za kilka euro. Zawsze to przecież bliżej domu. Wskakuję do niego w ostatniej chwili i powoli, zatrzymując się na każdej stacji, pomykam w stronę granicy. Tam przynajmniej będę mógł wjechać do Polski mostem nad Odrą - tworzę scenariusze.
Po ponad godzinie dojeżdżam do Frankfurtu. Kiedy wysiadam, dostrzegam kilka peronów dalej mój "utracony" pociąg, stojący, opóźniony z powodu awarii, na 11 peronie. Wciąż przecież mam na niego bilet! W ułamku sekundy rzucam się do szaleńczego pościgu, potykając o stojące obok kolorowe walizki. Po drodze,
przy lokomotywie, mijam oniemiałego, mego znajomego, niemieckiego konduktora, który nie wierzy w to co widzi. Wskakuję w ostatniej sekundzie, upychając jeszcze rower do ostatniego wagonu. Tu, na granicy, jurysdykcja mego konduktora się kończy. Odjeżdżając, przez duże końcowe okno przecinają się nasze spojrzenia. Nie wyciągam środkowego palca w geście tryumfu, Nein. Kiwam mu radośnie na pożegnanie. Uśmiecha się… w końcu jesteśmy Przyjaciółmi.

Zdjęcia żadnego nie zdążyłem zrobić, więc podrzucam coś z Berlina, ze specjalną dedykacją dla konduktora służbisty, którego nie winię za niekompetencje zatrudnionych w PKP krótkowzrocznych, dyrektorów „misiewiczów” :)

ps. widoczny na zdjęciu mój rower, szczęśliwie dojechał ze mną do celu :)

czwartek, 10 sierpnia 2017

From Berlin with love…

Dla mojego operatora i szwenkiera… rowerzystka z Tempelhof feld :)

Schön hier in Berlin...

Od kilku dni przemierzam Berlin na rowerze, fotografując miasto, ludzi oraz rowerowe życie, które kocham szczególnie. Dzieje się... Chciałbym pokazać Wam więcej, napisać o tym troszkę, ale jeszcze nie mogę. Jedno co chciałbym powiedzieć głośno to zaadresować kilka słów do Pawła i Maćka! Chłopaki, bardzo Wam dziękuję za MeGa pomoc, pracę od świtu do zmierzchu, pomysły i energię, której nie żałowaliście.
ps. musiałem jakoś uprzątnąć te butelki po Waszym wyjeździe… Za kasę ze zwrotu kupiłem nowego VW polo… jeszcze raz bardzo Wam dziękuję ;)


czwartek, 27 lipca 2017

Edycja

Edytowanie fotografii to żmudna praca. Nie ma już wokół inspirującego kurzu prerii, wszechobecnych grzechotników i uciążliwego upału. Po pierwszej, dość łatwiej selekcji, drugiej, znacznie trudniejszej, wybrałem 350 fotografii do mojej teksańskiej opowieści. Pozostało jeszcze, zapanowanie nad barwą, co zajęło mi wiele godzin. Nie idzie tu bynajmniej o manipulację rzeczywistością, ile o stylistyczną harmonię. Wiem, byłoby dużo łatwiej pozbawić fotografie koloru, ale opieram się temu jak mogę. To nienaturalne, to droga na skróty, pójście na łatwiznę. Tak uważam. Wszak świat jest pełen barw, a wszechobecna czerń i biel wzięła się jedynie z technologicznych braków na początku, kropka.
Została jeszcze ostatnia selekcja, która uszczupli moją opowieść do około 100 fotografii... To jednak już czysta przyjemność, która czeka na mnie w drodze :)

piątek, 21 lipca 2017

Kiedy przyszli...

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.


Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
 


środa, 5 lipca 2017

Poznań, Texas

Nadszedł czas, kiedy w spokoju mogę zanurzyć głowę w teksańskiej podróży. Dzień za dniem, zdjęcie za zdjęciem, oglądam, przypominając sobie amerykańską przygodę. To już pewne, w przyszłym roku powrócę do Stanów, by ponownie wyruszyć przed siebie. Jeszcze nie wiem jak, wiem już za to kiedy i gdzie :)
Za nim ponownie wyjadę, chciałbym najpierw podzielić się z Wami teksańskimi opowieściami i fotografiami, które w tym roku przywiozłem „w plecaku”. Jeszcze nieoficjalnie, zapraszam na dwa spotkania. Pierwsze już w sierpniu, w Poznaniu, drugie we wrześniu, w Warszawie… szczegóły niebawem. See you…

wtorek, 27 czerwca 2017

Poranny wiatr...

Berlin, spoglądam z okien apartamentu na 6 piętrze przy Wilhelmstraße. Poranny wiatr kołysze flagi pobliskich ambasad. W dole bezszelestnie suną rzeką Berlińczycy na swych kolorowych rowerach. Cisza. Sięgam po kawę i zaglądam do sieci sprawdzić co w kraju. A tam nasz minister „wewnętrzny” na pierwszej linii frontu walczy o nasze przetrwanie i narodową dumę. 

„Musimy zewrzeć szyki i uszczelnić granice”, donośnym głosem wzywa do obrony Rzeczypospolitej. „Należy bronić Najjaśniejszej przed wszelkiej maści lewakami i liberałami" mówi dalej… „Wiadomo przecież, co dzieje się tam, za naszą zachodnią granicą". W ułamku sekundy pot oblewa moje czoło. Szybko zamykam komputer i wracam do okna. Rozglądam się nerwowo. Cisza. Poranny wiatr kołysze flagi pobliskich ambasad. W dole bezszelestnie suną rzeką Berlińczycy na swych kolorowych rowerach.

wtorek, 20 czerwca 2017

Ich bin ein Berliner

Berlin powitał nas ferią kolorów, energii i słońca. Dzień rozpoczęliśmy od fantastycznej wystawy Williama Kleina w CO oraz pikatnej masali na Kreuzbergu. Po południu nasze warsztaty OpenYourEyes weszły wysokie obroty. Za chwilę pierwszy pokaz… 

sobota, 17 czerwca 2017

Każda podróż ma swój kres...

Każda podróż ma swój kres. Gdyby trwała wiecznie nie bylibyśmy w stanie nawet jej dostrzec, docenić, zatęsknić za nią, zaplanować kolejnej. Z podróży nikt z nas nie wraca "z pustymi rękami". Dla mnie najważniejsze pozostają zdobyte doświadczenia i emocje, które skrzętnie magazynuję by któregoś dnia zabrać w nieznane. Niemniej ważne pozostają fotografie, które pod koniec podroży stają się cenniejsze niż "wszystkie złoto". Mimochodem, niczym opadający kurz na sawannie, do mojej walizki przedostają się niezliczone drobiazgi. O tych przywiezionych z Texasu chciałbym napisać dziś kilka słów.

Tło tego barwnego kolażu stanowi mapa Texasu, którą kupiliśmy z Piotrem na niewielkiej stacji benzynowej, gdzieś daleko, daleko stąd. Każdego wieczoru, żółtym flamastrem, zaznaczałem na niej trasę, którą pokonywaliśmy naszym czerwonym Chevy. Kocham mapy i choć bywa, że zawodzą, nie zamieniłbym ich na najdoskonalszego gps-a. Po drodze skrzętnie zbierałem też wizytówki z moteli, w których nocowaliśmy oraz te otrzymane od napotkanych w podróży nieznajomych by przesłać fotografie, by zapytać co słychać, by pamiętać...

Przywożę też lokalne gazety, szczególnie wydania weekendowe. Ich treść, zamieszczone fotografie, a przede wszystkim objętość obnażają przepaść, która dzieli nasz mały, zapatrzony w siebie świat. Mój sfatygowany, nie wiem który już, moleskin, wypełniają zabawne przejęzyczenia, hasła, których znaczenia po czasie nie pamiętam, imiona, maile, adresy... Pełno też wszędzie rachunków, kwitów, ulotek, biletów, monet, kart pokładowych, autobusowych i tych pocztowych, których nigdy nie wysyłam. No chyba, że...

Obok oryginalnego teksaskiego paska, który kupiłem na lokalnym pikniku oraz pięknej klamry z gwiazdą, którą znalazłem w kowbojskim sklepie w Dallas, leży kieliszek z wygrawerowanymi portretami Indian, który otrzymałem w prezencie od niezwykle życzliwych ludzi w Comanche. Będzie jak znalazł do wiśniówki na długie, zimowe wieczory. Przywiozłem też mini album Taschena, który podarowali mi w Nowym Jorku Aga i Dawid. Dziękuję.

Najważniejszym z tych materialnych artefaktów, pozostaje jednak przenośny dysk, na którym zapisałem tysiące obrazów, do których kiedy tylko nabiorę dystansu, zajrzę raz jeszcze, by na powrót przeżyć moją podróż. Już nie mogę doczekać się tej chwili.
*    *    *
Ps. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam słabość do fotograficznych toreb. Jeśli tylko jakaś uwiedzie mnie urodą i trwałością, szybko się przyzwyczajam i pozostaję na długo wierny. Tym razem, tuż przed wyjazdem do Ameryki, otrzymałem nową, błyszczącą, nieco ekstrawagancką, ręcznie szytą, torbę z pracowni sailor-strap.com  Ryzyko było spore by zapakować obiektywy do niesprawdzonego w boju "opakowania". To jak żenić się w oczekiwaniu na poślubną noc ;) Pytacie jak nam było? Otóż siedzę właśnie i pakuję na kolejny wyjazd, a mój ukochany aparat znalazł już wygodne miejsce w mojej nowej, teksaskiej torbie. Polubiliśmy się ;)

 

niedziela, 11 czerwca 2017

Brzuch

Przez 17 dni naszej teksańskiej przygody, podczas której pokonaliśmy ponad 3000 mil robiliśmy sobie z Piotrem wiele pamiątkowych zdjęć. Amerykanie przy takich okazjach zazwyczaj mówią „cheese” by wywołać uśmiech na twarzach fotografowanych. My, po kilku dniach amerykańskiej diety, tuż przed zrobieniem sobie zdjęć mówiliśmy po prostu „brzuch”…! :)

W dobrym nastroju, pozdrawiam z terminalu B lotniska w Newark, dokąd dotarliśmy po czterogodzinnym locie z Dallas. Piotrze, dziękuję Ci, to była wspaniała przygoda!






Dallas

Dallas to absolutnie nie moja para kaloszy. Podmiotem tu jest samochód. Pozostając dwa dni bez auta, czuliśmy się bezbronni i całkowicie bezradni. Betonowa dżungla pozbawiona ludzi, z ogromnymi, kilkunastopiętrowymi parkingami, budziła moją grozę.
... Już nad walizką. 
Do Dallas z pewnością jeszcze powrócę. O świcie lecimy do Nowego Jorku, a potem dalej… :)

ps. Na zdjęciu okolica, w której mieszkaliśmy. Z braku chodników, musieliśmy przechodzić po betonowym wiadukcie, po którym pędziły na czterech pasach samochody...brrr


sobota, 10 czerwca 2017

JFK

Dallas, 22 listopada 1963 roku, otwarta limuzyna w której podróżuje Prezydent Kennedy, skręca z ulicy Houston w Elm. Mija pobliską składnicę książek, padają strzały… 

Historię tą zna każdy. Choć minęły 53 lata nadal rozpala Amerykanów niezliczoną ilością teorii spiskowych. Na Dealey Plaza, którą przecina Elm Street, podobnie jak na Krakowskim Przedmieściu emocji nie brakuje. Turyści z nieskrępowaną radością fotografują się w oznaczonych miejscach, gdzie kule śmiertelnie raniły Prezydenta. Zwolennicy spisków, prezentują „utajnione przez FBI” filmy, wygłaszając przy tym gorące mowy w obronie wyznawanych teorii. A wokół, w typowo amerykańskim duchu, sklepy, sklepiki, oferujące za kilka dolarów "atrakcyjne" pamiątki związane z tamtym listopadowym porankiem…