sobota, 17 czerwca 2017

Każda podróż ma swój kres...

Każda podróż ma swój kres. Gdyby trwała wiecznie nie bylibyśmy w stanie nawet jej dostrzec, docenić, zatęsknić za nią, zaplanować kolejnej. Z podróży nikt z nas nie wraca "z pustymi rękami". Dla mnie najważniejsze pozostają zdobyte doświadczenia i emocje, które skrzętnie magazynuję by któregoś dnia zabrać w nieznane. Niemniej ważne pozostają fotografie, które pod koniec podroży stają się cenniejsze niż "wszystkie złoto". Mimochodem, niczym opadający kurz na sawannie, do mojej walizki przedostają się niezliczone drobiazgi. O tych przywiezionych z Texasu chciałbym napisać dziś kilka słów.

Tło tego barwnego kolażu stanowi mapa Texasu, którą kupiliśmy z Piotrem na niewielkiej stacji benzynowej, gdzieś daleko, daleko stąd. Każdego wieczoru, żółtym flamastrem, zaznaczałem na niej trasę, którą pokonywaliśmy naszym czerwonym Chevy. Kocham mapy i choć bywa, że zawodzą, nie zamieniłbym ich na najdoskonalszego gps-a. Po drodze skrzętnie zbierałem też wizytówki z moteli, w których nocowaliśmy oraz te otrzymane od napotkanych w podróży nieznajomych by przesłać fotografie, by zapytać co słychać, by pamiętać...

Przywożę też lokalne gazety, szczególnie wydania weekendowe. Ich treść, zamieszczone fotografie, a przede wszystkim objętość obnażają przepaść, która dzieli nasz mały, zapatrzony w siebie świat. Mój sfatygowany, nie wiem który już, moleskin, wypełniają zabawne przejęzyczenia, hasła, których znaczenia po czasie nie pamiętam, imiona, maile, adresy... Pełno też wszędzie rachunków, kwitów, ulotek, biletów, monet, kart pokładowych, autobusowych i tych pocztowych, których nigdy nie wysyłam. No chyba, że...

Obok oryginalnego teksaskiego paska, który kupiłem na lokalnym pikniku oraz pięknej klamry z gwiazdą, którą znalazłem w kowbojskim sklepie w Dallas, leży kieliszek z wygrawerowanymi portretami Indian, który otrzymałem w prezencie od niezwykle życzliwych ludzi w Comanche. Będzie jak znalazł do wiśniówki na długie, zimowe wieczory. Przywiozłem też mini album Taschena, który podarowali mi w Nowym Jorku Aga i Dawid. Dziękuję.

Najważniejszym z tych materialnych artefaktów, pozostaje jednak przenośny dysk, na którym zapisałem tysiące obrazów, do których kiedy tylko nabiorę dystansu, zajrzę raz jeszcze, by na powrót przeżyć moją podróż. Już nie mogę doczekać się tej chwili.
*    *    *
Ps. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam słabość do fotograficznych toreb. Jeśli tylko jakaś uwiedzie mnie urodą i trwałością, szybko się przyzwyczajam i pozostaję na długo wierny. Tym razem, tuż przed wyjazdem do Ameryki, otrzymałem nową, błyszczącą, nieco ekstrawagancką, ręcznie szytą, torbę z pracowni sailor-strap.com  Ryzyko było spore by zapakować obiektywy do niesprawdzonego w boju "opakowania". To jak żenić się w oczekiwaniu na poślubną noc ;) Pytacie jak nam było? Otóż siedzę właśnie i pakuję na kolejny wyjazd, a mój ukochany aparat znalazł już wygodne miejsce w mojej nowej, teksaskiej torbie. Polubiliśmy się ;)

 

1 komentarz: