wtorek, 15 sierpnia 2017

Porozmawiajmy o Texasie, o fotografii, o podróżowaniu, o życiu :)

Już w najbliższą niedzielę spotkajmy się w pix.house i porozmawiajmy o Texasie, o fotografii, o podróżowaniu, o życiu :) 

pix.house 
ul. Głogowska 35a w Poznaniu
niedziela, 20 sierpnia

godz. 16.oo, do zobaczenia


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

To WAAAR !

Trudno jest mówić głośno i nazywać po imieniu rzeczy, które budzą w nas lęk. Być może lepiej milczeć i czekać na to, co się wydarzy, chowając się w Kołobrzegu za „plażowym parawanem”. 

Świat zalewa morze nienawiści, antagonizmów i kłamstw.  Rządzi trolling, fake news i hate. Dumna, patriotyczna Polska przoduje w tym przerażającym procesie. W końcu zostaliśmy wybrani…
Społeczeństwa się polaryzują, poglądy wyostrzają, dzieląc rodziny i przyjaciół. W Polsce, w Ameryce, w Europie, wszędzie i zewsząd wylewa się trucizna. 
Ostatni wieczór w Berlinie spędziłem w towarzystwie Sary. I’m from Israel, I’m from Poland, we are in Berlin… jakie to symptomatyczne. Przemiła dziewczyna z Izraela z irańskimi korzeniami spotyka Polaka, lewicującego pięćdziesięciolatka na rowerze. Oboje uwielbiamy Berlin, oboje pochodzimy z krajów religijnych, oboje niewierzący, wyznający pogląd, że religie są źródłem konfliktów. 
Nasze perspektywy są inne. Tam Palestyna, tu Rosja, tam islamski fundamentalizm, tu narodowa duma. Oboje jednak wyczuwamy nadchodzące czarne chmury. Konflikt jest nieunikniony. Kto z kim i kiedy, nie wiadomo. Kiedy już padnie pierwszy strzał, zatrzymać tego nie będzie sposób.

W Polsce pozytywną rolę mógłby odegrać Kościół. Tak niegdyś wielokrotnie bywało. Niestety. Za garść srebrników zaprzedał się nacjonalistycznej sekcie, za co zapłaci wysoką cenę. Oczami wyobraźni widzę jak płoną strzelisty wieże w zemście za milczenie, które niebawem zepchnie nas w otchłań. 

Nadszedł czas nazywać rzeczy po imieniu. Prawica pcha nas do wojny…

niedziela, 13 sierpnia 2017

Mój rower...

Berliński Dworzec Hauptbanhof. Czekam na peronie na popołudniowy pociąg do Warszawy. Podjeżdża punktualnie. Szybko okazuje się, że PKP zapomniało o wagonie z miejscami na rowery, a ja przecież targam kolarzówkę. Niemiecki konduktor widząc mnie z rowerem, kategorycznie zabrania mi wsiadać. Jego Nein brzmi wyjątkowo stanowczo, wywołując we mnie dreszcze. Tłumaczę, staram się być rzeczowy, w końcu mam bilet, zapłaciłem za niego i to nie mało. Nein, powtarza w kółko. Nie wolno, przepisy etc. Jestem wkurzony "na maxa", niemniej staram się zachować spokój i nie wszczynać awantury. Kłopotów z niemiecką policją mi nie trzeba. Konduktor, bez skrępowania tłumaczy, że mogę przecież pojechać następnym pociągiem odjeżdżającym za kilka godzin, na który, rzecz jasna, będę zmuszony kupić nowy bilet za całe 70 euro… Nie jestem posłem, pieniądze liczyć muszę. No i jeszcze czas…
Pociąg odjeżdża… Co robić? Improwizuję. Przeklinając pod nosem, biegnę do kasy i kupuję bilet na lokalny pociąg do Frankfurtu nad Odrą za kilka euro. Zawsze to przecież bliżej domu. Wskakuję do niego w ostatniej chwili i powoli, zatrzymując się na każdej stacji, pomykam w stronę granicy. Tam przynajmniej będę mógł wjechać do Polski mostem nad Odrą - tworzę scenariusze.
Po ponad godzinie dojeżdżam do Frankfurtu. Kiedy wysiadam, dostrzegam kilka peronów dalej mój "utracony" pociąg, stojący, opóźniony z powodu awarii, na 11 peronie. Wciąż przecież mam na niego bilet! W ułamku sekundy rzucam się do szaleńczego pościgu, potykając o stojące obok kolorowe walizki. Po drodze,
przy lokomotywie, mijam oniemiałego, mego znajomego, niemieckiego konduktora, który nie wierzy w to co widzi. Wskakuję w ostatniej sekundzie, upychając jeszcze rower do ostatniego wagonu. Tu, na granicy, jurysdykcja mego konduktora się kończy. Odjeżdżając, przez duże końcowe okno przecinają się nasze spojrzenia. Nie wyciągam środkowego palca w geście tryumfu, Nein. Kiwam mu radośnie na pożegnanie. Uśmiecha się… w końcu jesteśmy Przyjaciółmi.

Zdjęcia żadnego nie zdążyłem zrobić, więc podrzucam coś z Berlina, ze specjalną dedykacją dla konduktora służbisty, którego nie winię za niekompetencje zatrudnionych w PKP krótkowzrocznych, dyrektorów „misiewiczów” :)

ps. widoczny na zdjęciu mój rower, szczęśliwie dojechał ze mną do celu :)

czwartek, 10 sierpnia 2017

From Berlin with love…

Dla mojego operatora i szwenkiera… rowerzystka z Tempelhof feld :)

Schön hier in Berlin...

Od kilku dni przemierzam Berlin na rowerze, fotografując miasto, ludzi oraz rowerowe życie, które kocham szczególnie. Dzieje się... Chciałbym pokazać Wam więcej, napisać o tym troszkę, ale jeszcze nie mogę. Jedno co chciałbym powiedzieć głośno to zaadresować kilka słów do Pawła i Maćka! Chłopaki, bardzo Wam dziękuję za MeGa pomoc, pracę od świtu do zmierzchu, pomysły i energię, której nie żałowaliście.
ps. musiałem jakoś uprzątnąć te butelki po Waszym wyjeździe… Za kasę ze zwrotu kupiłem nowego VW polo… jeszcze raz bardzo Wam dziękuję ;)


czwartek, 27 lipca 2017

Edycja

Edytowanie fotografii to żmudna praca. Nie ma już wokół inspirującego kurzu prerii, wszechobecnych grzechotników i uciążliwego upału. Po pierwszej, dość łatwiej selekcji, drugiej, znacznie trudniejszej, wybrałem 350 fotografii do mojej teksańskiej opowieści. Pozostało jeszcze, zapanowanie nad barwą, co zajęło mi wiele godzin. Nie idzie tu bynajmniej o manipulację rzeczywistością, ile o stylistyczną harmonię. Wiem, byłoby dużo łatwiej pozbawić fotografie koloru, ale opieram się temu jak mogę. To nienaturalne, to droga na skróty, pójście na łatwiznę. Tak uważam. Wszak świat jest pełen barw, a wszechobecna czerń i biel wzięła się jedynie z technologicznych braków na początku, kropka.
Została jeszcze ostatnia selekcja, która uszczupli moją opowieść do około 100 fotografii... To jednak już czysta przyjemność, która czeka na mnie w drodze :)

piątek, 21 lipca 2017

Kiedy przyszli...

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.


Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)