wtorek, 20 czerwca 2017

Ich bin ein Berliner

Berlin powitał nas ferią kolorów, energii i słońca. Dzień rozpoczęliśmy od fantastycznej wystawy Williama Kleina w CO oraz pikatnej masali na Kreuzbergu. Po południu nasze warsztaty OpenYourEyes weszły wysokie obroty. Za chwilę pierwszy pokaz… 

sobota, 17 czerwca 2017

Każda podróż ma swój kres...

Każda podróż ma swój kres. Gdyby trwała wiecznie nie bylibyśmy w stanie nawet jej dostrzec, docenić, zatęsknić za nią, zaplanować kolejnej. Z podróży nikt z nas nie wraca "z pustymi rękami". Dla mnie najważniejsze pozostają zdobyte doświadczenia i emocje, które skrzętnie magazynuję by któregoś dnia zabrać w nieznane. Niemniej ważne pozostają fotografie, które pod koniec podroży stają się cenniejsze niż "wszystkie złoto". Mimochodem, niczym opadający kurz na sawannie, do mojej walizki przedostają się niezliczone drobiazgi. O tych przywiezionych z Texasu chciałbym napisać dziś kilka słów.

Tło tego barwnego kolażu stanowi mapa Texasu, którą kupiliśmy z Piotrem na niewielkiej stacji benzynowej, gdzieś daleko, daleko stąd. Każdego wieczoru, żółtym flamastrem, zaznaczałem na niej trasę, którą pokonywaliśmy naszym czerwonym Chevy. Kocham mapy i choć bywa, że zawodzą, nie zamieniłbym ich na najdoskonalszego gps-a. Po drodze skrzętnie zbierałem też wizytówki z moteli, w których nocowaliśmy oraz te otrzymane od napotkanych w podróży nieznajomych by przesłać fotografie, by zapytać co słychać, by pamiętać...

Przywożę też lokalne gazety, szczególnie wydania weekendowe. Ich treść, zamieszczone fotografie, a przede wszystkim objętość obnażają przepaść, która dzieli nasz mały, zapatrzony w siebie świat. Mój sfatygowany, nie wiem który już, moleskin, wypełniają zabawne przejęzyczenia, hasła, których znaczenia po czasie nie pamiętam, imiona, maile, adresy... Pełno też wszędzie rachunków, kwitów, ulotek, biletów, monet, kart pokładowych, autobusowych i tych pocztowych, których nigdy nie wysyłam. No chyba, że...

Obok oryginalnego teksaskiego paska, który kupiłem na lokalnym pikniku oraz pięknej klamry z gwiazdą, którą znalazłem w kowbojskim sklepie w Dallas, leży kieliszek z wygrawerowanymi portretami Indian, który otrzymałem w prezencie od niezwykle życzliwych ludzi w Comanche. Będzie jak znalazł do wiśniówki na długie, zimowe wieczory. Przywiozłem też mini album Taschena, który podarowali mi w Nowym Jorku Aga i Dawid. Dziękuję.

Najważniejszym z tych materialnych artefaktów, pozostaje jednak przenośny dysk, na którym zapisałem tysiące obrazów, do których kiedy tylko nabiorę dystansu, zajrzę raz jeszcze, by na powrót przeżyć moją podróż. Już nie mogę doczekać się tej chwili.
*    *    *
Ps. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam słabość do fotograficznych toreb. Jeśli tylko jakaś uwiedzie mnie urodą i trwałością, szybko się przyzwyczajam i pozostaję na długo wierny. Tym razem, tuż przed wyjazdem do Ameryki, otrzymałem nową, błyszczącą, nieco ekstrawagancką, ręcznie szytą, torbę z pracowni sailor-strap.com  Ryzyko było spore by zapakować obiektywy do niesprawdzonego w boju "opakowania". To jak żenić się w oczekiwaniu na poślubną noc ;) Pytacie jak nam było? Otóż siedzę właśnie i pakuję na kolejny wyjazd, a mój ukochany aparat znalazł już wygodne miejsce w mojej nowej, teksaskiej torbie. Polubiliśmy się ;)

 

niedziela, 11 czerwca 2017

Brzuch

Przez 17 dni naszej teksańskiej przygody, podczas której pokonaliśmy ponad 3000 mil robiliśmy sobie z Piotrem wiele pamiątkowych zdjęć. Amerykanie przy takich okazjach zazwyczaj mówią „cheese” by wywołać uśmiech na twarzach fotografowanych. My, po kilku dniach amerykańskiej diety, tuż przed zrobieniem sobie zdjęć mówiliśmy po prostu „brzuch”…! :)

W dobrym nastroju, pozdrawiam z terminalu B lotniska w Newark, dokąd dotarliśmy po czterogodzinnym locie z Dallas. Piotrze, dziękuję Ci, to była wspaniała przygoda!






Dallas

Dallas to absolutnie nie moja para kaloszy. Podmiotem tu jest samochód. Pozostając dwa dni bez auta, czuliśmy się bezbronni i całkowicie bezradni. Betonowa dżungla pozbawiona ludzi, z ogromnymi, kilkunastopiętrowymi parkingami, budziła moją grozę.
... Już nad walizką. 
Do Dallas z pewnością jeszcze powrócę. O świcie lecimy do Nowego Jorku, a potem dalej… :)

ps. Na zdjęciu okolica, w której mieszkaliśmy. Z braku chodników, musieliśmy przechodzić po betonowym wiadukcie, po którym pędziły na czterech pasach samochody...brrr


sobota, 10 czerwca 2017

JFK

Dallas, 22 listopada 1963 roku, otwarta limuzyna w której podróżuje Prezydent Kennedy, skręca z ulicy Houston w Elm. Mija pobliską składnicę książek, padają strzały… 

Historię tą zna każdy. Choć minęły 53 lata nadal rozpala Amerykanów niezliczoną ilością teorii spiskowych. Na Dealey Plaza, którą przecina Elm Street, podobnie jak na Krakowskim Przedmieściu emocji nie brakuje. Turyści z nieskrępowaną radością fotografują się w oznaczonych miejscach, gdzie kule śmiertelnie raniły Prezydenta. Zwolennicy spisków, prezentują „utajnione przez FBI” filmy, wygłaszając przy tym gorące mowy w obronie wyznawanych teorii. A wokół, w typowo amerykańskim duchu, sklepy, sklepiki, oferujące za kilka dolarów "atrakcyjne" pamiątki związane z tamtym listopadowym porankiem…




czwartek, 8 czerwca 2017

Legendy Dzikiego Zachodu

Ostatni dzień na prowincji spędziliśmy ponownie na rodeo. Jutro wracamy do Dallas. Dwa tygodnie w Texasie na powrót rozkochały mnie w legendach o Dzikim Zachodzie. Długo będę tęsknił za dziewczynami w kapeluszach i butach ze skóry grzechotnika. To była absolutnie cudowna przygoda :)  









środa, 7 czerwca 2017

Sex, religia, polityka

Sex, religia i polityka to tematy których unikamy podczas rozmów w Ameryce. Pomimo przyjętych zasad, dziś polityka, sama się o nas upomniała. Sex niestety nie. Rankiem z Palestyny (Palestine) pojechaliśmy na południe, tradycyjnie zatrzymując się w przydrożnych miastach, by porozmawiać, zrobić portrety, napić się kawy, flirtując przy tym z kelnerkami ;) Po przejechaniu w narastającym powoli upale niespełna stu mil, dojechaliśmy do Huntsville. To niewielkie miasteczko okazało się ogniskiem poparcia Donalda Trumpa. Zewsząd otoczyły nas wyborcze plakaty, republikańskie hasła, ale nade wszystko, jego zagorzali zwolennicy. Po wypiciu kawy w pobliskim barze w towarzystwie Prezydenta Busha, spoglądającego na nas radośnie z plakatu, trafiliśmy całkiem przypadkiem do republikańskiego biura wyborczego Hrabstwa Walker. Ilość giftów, którymi zostaliśmy obdarowani nie miała końca. Jeszcze weźcie linijkę szkolną z portretami prezydentów, plakaty, ulotki, weźcie wyborcze plakietki, zachęcała pracująca tam niezwykle uprzejma Teksanka. Nie wypadało odmówić. Obdarowani wyszliśmy na ulicę. Mijająca nas młoda dziewczyna w obcisłych jeansach, widząc spacerujących z wyborczymi plakatami kowbojów w krótkich spodniach, uśmiechnęła się przyjaźnie i zaproponowała ciastka, które świeżo upieczone niosła właśnie do swoich przyjaciół. Nie odmówiliśmy. Były naprawdę pyszne :)









ps. I tak, za sprawą polityki nasz dzisiejszy motelowy pokój nabrał politycznych barw ;)